Fan Fiction o One Direction

niedziela, 24 marca 2013

Trzeci

21 sierpnia, noc
   Gdy Vic wyszła, ja również wstałam. Naczynia włożyłam do zlewu i udałam się do swojego pokoju. Na dywanie stał wielki karton z prezentem od Artura. Postanowiłam go otworzyć. W środku na samym wierzchu była śliczna, czarna gitara. Rozpłakałam się. Dlaczego, on mi to zrobił? Ostrożnie wzięłam do rąk instrument, tak jakby był z porcelany. Przecież wiedział... Dlaczego jestem tak cholernie słaba? Czy już zawsze tak będzie? Przecież on gdzieś jest. Musi być. Usiadłam po turecku i ułożyłam w odpowiedniej pozycji gitarę. Zaczęłam lekko trącać struny. Była nastrajana  Cichutko zaczęłam grać moją ostatnią napisaną piosenkę. Z każdym ruchem moich palców coraz bardziej płakałam. Czułam się tak jakbym bezgłośnie krzyczała, że potrzebuje pomocy, zrozumienia. Jednocześnie bałam się. Sama nie wiem czego... Melodia którą grałam była ostatnią piosenka którą zagrałam, jeszcze jak on był, postanowiłam ja dokończyć jak on wróci. Doszłam do momentu w którym przed rokiem, zaprzestałam pisania. Delikatnie położyłam instrument i zaczęłam dalej przeglądać zawartość kartonu. Trzęsącymi się dłońmi wyjęłam kule śnieżną. Identyczną dał mi on na gwiazdkę. Obiecałam mu, ze kiedyś tam pojedziemy.
-Przepraszam, że tu jestem bez ciebie.- wyszeptałam patrząc na miniaturowy Big Ben. Kule położyłam obok gitary i kolejny raz zajrzałam do kartonu. Teraz album. Wyciągnęłam go i otworzyłam. Na pierwszym zdjęciu, byłam z nim jak ubieraliśmy choinkę. To było chyba ze trzy lata temu. Kolejne zdjęcie przedstawiało mnie czytającą książkę. Nadal pamiętam tamten dzień  Nie było wtedy internetu i on zaczął robić zdjęcia. Teraz była jego fotografia. Ujrzałam na nim dobrze mi znane boisko i jego z piłką. Uwielbiałam to zdjęcie. Ta jego pasja, rozwiane włosy i cały on. Zamknęłam album czując kolejne łzy dołączając już do i tak obfitego potoku. Wstałam i nie zbierając rzeczy z podłogi, wzięłam kosmetyczkę i piżamę  Udałam się do jasnej łazienki, zażyłam krótkiego prysznicu i poszłam spać.

22 sierpnia
   Całą noc nie mogłam zasnąć. W końcu odpuściłam i siedziałam na łóżku, ciągle myśląc o przeszłości. Nagle zapragnęłam znów znaleźć się Polsce, pójść nad strumyk w lesie, albo na drogę za moim domem. Nawet zwykły las byłby dla mnie teraz ukojeniem. W Polsce mieszkałam  na wsi, tutaj brakowało mi tego. Może to i głupie, że stwierdzam to już po kilku godzinach... Wstałam z łóżka i spojrzałam w lustro. Wyglądałam tragicznie. Podkrążone zapuchnięte i przekrwione oczy, byłam blada i rozczochrana. Z szafy wyciągnęłam szare spodnie dresowe, czarną bokserkę i bieliznę. Spojrzałam na dywan. Nadal tam były wyciągnięte przeze mnie wczoraj przedmioty. Odłożyłam ubrania na łóżko i podniosłam najpierw gitarę, która schowałam do szafy, następnie wzięłam album i kule, kule postawiłam na komodzie, a album na regale. Gdy skończyłam już układanie, po raz kolejny wzięłam ubrania i udałam się do łazienki. Szybko się umyłam, ubrałam i rozczesałam swoje mokre włosy. Postanowiłam ich nie suszyć by się ładnie pokręciły. Poszłam zrobić śniadanie. Zajrzałam do ogromnej dwudrzwiowej lodówki. ciekawe po co Arturowi była potrzebna, aż tak duża, ale nie wnikam. Wzięłam produkty na naleśniki
-Co jest?- zapytała nagle Vic.
-Nic, a co ma być?- odpowiedziałam, moim wystudiowanym wesołym głosem.
-Możesz oszukiwać swoich rodziców, ludzi na ulicy, każdego, ale nie mnie. Mi wystarczy, że spojrzę na twoje ruchy, usłyszę głos i już wtedy wiem, ze coś nie gra. więc proszę nie próbuj tego przede mną ukryć.- mówiąc to podchodziła do mnie. Obróciłam się do niej.
-To wszystko przez ten jebany prezent Artura. Dlaczego on mi o nim przypomniał?- czułam  że znowu zaczynają mi się zbierać łzy.
-Skarbie, spokojnie.- przytuliła mnie. -Nie możesz ciągle uciekać od wspomnień. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale poradzisz sobie, Sue. A ja w tym ci pomogę. Jasne?- ze zdziwieniem stwierdziłam, że własnie tego potrzebowałam. Lekko kiwnęłam głową, na znak, że się zgadzam.
-A teraz daj mi skończyć naleśniki.- powiedziałam już weselszym głosem. Otarłam łzy i powróciłam do gotowania.
                                                                ***
   Artur dopilnował, żebyśmy załatwiły wszystkie formalności. Zmieniłyśmy swoje imiona i nazwiska na angielskie i jeszcze kilka rzeczy. Na szczęście Artur dał nam już powypełniane papierki i musiałyśmy tylko niektóre po podpisywać i zanieść.
-Dobra, skoro formalności mamy już z głowy, to może lody?- zapytałam Vic.
-Podoba mi się ten pomysł.- szybko ruszyłyśmy w poszukiwaniu deserów.
-Może tutaj?- wskazałam przyjaciółce szyld Milk Shake City.
-Dobrze, tylko się pośpieszmy.- uśmiechnęła się do mnie Vic.
                                                        ***
   Szłyśmy ulicą pijąc swoje shaki i rozmawiając. Nagle rozdzwonił się mój telefon. Przystanęłam i zaczęłam szukać w swojej dużej czarnej torebce urządzenia. Nagle poczułam ból w plecach i w następnej sekundzie kolanami "przejeżdżałam" po chodniku.
-Cholera jasna...- chciałam się podnieść  ale coś, a raczej ktoś mnie przygniatał. Tak nagle jak ciężar się pojawił, tak zniknął  Czułam pulsujący ból w kolanach. Szybko wstałam i wbiegłam do pobliskiej kawiarni. Poprosiłam kelnerkę o wodę utlenioną, lub coś do dezynfekcji, a sama pognałam w kierunku toalety. Zaczęłam przeklinać to, że dziś z powodu ładnej pogody ubrałam szorty. Szybko odkręciłam kran, upewniłam się, że leci zimna woda i podstawiałam na zmianę kolana. Musiało to komicznie wyglądać. W końcu przyszła kelnerka z apteczkę i Vic. Młoda kelnerka podała mi wodę utlenioną. Szybko nią polałam kolana i syknęłam z bólu.
-Mogę gazik?- oczyściłam delikatnie rany.- Vic u mnie w torebce powinny być duże plastry.- zawsze je nosiłam, na wszelki wypadek. Kiedy przyjaciółka podała mi opatrunek, jeszcze raz oczyściłam kolana i nakleiłam na nie plastry.
-Dziękuje.- uśmiechnęłam się do dziewczyny oddając jej butelkę z wodą utlenioną - I przepraszam za bałagan.- spojrzałam ze wstydem na mokrą, jasną podłogę ze smugami czerwieni i gazikami.
-Nic się nie stało.- uśmiechnęła się i wyszła.- z torebki wygrzebałam chusteczki i mocząc je wycierałam nogi z krwi. Dopiero teraz zauważyłam, że mój shake znajduje się na mojej bluzce. Po prostu świetnie.
   Spróbowałam wstać, ponieważ wcześniej usiadłam pod ścianą by mi było lepiej opatrzyć skaleczenia. Syknęłam i znowu opadłam.
-Cholera jasna.- zacisnęłam zęby i znowu spróbowałam. Nic z tego.- Pomożesz mi?
-Jasne.- Vic złapała mnie za ręce i podciągnęła do pozycji stojącej.- Dasz radę iść?- spytała się mnie z przejęciem.
-Jasne, muszę to tylko rozchodzić.- zaczęłam "iść", jeśli to można tak nazwać, byłam w rozkroku na ugiętych nogach. Vic starała się mi pomóc.- Daleko jesteśmy od domu?
-Nie.... Ale i tak uważam, że nie powinnaś iść.
-Nie zapominaj co było w Polsce. Nic mi nie będzie,  muszę to tylko rozchodzić - wspólnymi siłami wyszłyśmy z toalety. Nie ukrywam, zaczynało coraz bardziej boleć, ale nie mogłam się przyznać, bo Vic by zaczęła histeryzować.
-Boli cię coś?- podszedł do nas jakiś chłopak z dziewczyną.
-Nie, kurwa łaskocze.- chciałam ich ominąć.
-Może wam jakoś pomóc.- czy on nie może się odwalić. Chce jak najszybciej dostać się do domu.
-Już pomogłeś. Możesz się odsunąć, bo nie mam jak przejść.- zaczął mnie irytować.
-O Boże, ty krwawisz?- teraz odezwała się długowłosa szatynka stojąca obok chłopka.
-Ameryki to ty nie odkryłaś....
-Nie, spójrz na swoje nogi.- wszyscy jak na zawołanie skierowali tam swój wzrok.
-Cholera...- spod plastrów zaczęła cieknąć krew.
-Może trzeba jechać do szpitala.- zapytał się ten chłopka k.
-A masz samochód?- zapytała od razu Vic.
-Nie, nie trzeba.
-Nie interesuje mnie twoje zdanie, nie mam zamiaru się z tobą kłócić  jedziemy i tyle.- nic już nie powiedziałam. Nawet jak bym piszczała, skakała, czy robiła cokolwiek innego, to ona by nie ustąpiła.
-Jasne, zaparkowałem niedaleko.- wyszedł, chyba jego dziewczyna została. Z nikąd pojawiła się przy nas ta sama kelnerka z mokra ściereczką. Szatynka zaczęła mi wycierać krew.
-Nie musisz, poradzę sobie.- chciałam jej zabrać szmatkę.
-Siedź, ja to zrobię.- jak ja tego nie lubię. Jednak niczego nie zrobiłam. Nie lubię tego jak ktoś mi współczuje, czuje się za mnie odpowiedzialny, gdy jestem w centrum czyjejś uwagi... Dziwne co nie? Chwila, czy ja właśnie sama sobie zadałam pytanie? Mniejsza z tym. Powracając do tematu  nie lubię tego, wręcz nienawidzę. wtedy czuje się taka słaba, delikatna, a przecież wcale nie jestem.
   Gdy wrócił chłopka, pomógł mi wyjść z  kawiarni i wsiąść do samochodu. Vic usiadła ze mną z tyłu, a szatynka z przodu. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, nawet nie wiem dlaczego. Czy to mi się podobało, czy nie musiałam pojechać do szpitala, tak jak bym nie umiała opatrzyć zwykłej rany... Znowu mi pomogli wyjść z samochodu i wejść do szpitala. Nawet mi dali wózek. nie mam pojęcia po co. W ramach protestu nie odzywałam się do nich ani słowem. W końcu przyjął mnie lekarz i na szczęście weszłam, a właściewie wjechałam tam sama.
-Dzień dobry. Jak się pani nazywa i co się stało.
-Dzień dobry, nazywam się Susane Cherry i jakiś debil wpadł na mnie jak szłam chodnikiem i trochę zdarłam kolana. Nic poważnego, ale moja przyjaciółka uparła się, żeby mnie tu przywieść.- opowiedziałam w dużym skrócie co się stało.
-Mogę?- zapytał mnie podchodząc. Skinęłam lekko głową. Wcześniej usiadłam na tym specjalnym łóżku  Odkleił plastry i obejrzał dokładnie rany.
-Kto ci to opatrywał?- zapytał po chwili.
-Ja. Coś źle zrobiłam?
-Nie. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zaraz zawołam pielęgniarkę by ci to jeszcze raz opatrzyła, dobrze?
-Dobrze.- szybko pojawiła się młoda pielęgniarka i mi po raz kolejny opatrzyła nogi. -Dziękuje.
   Wyszłam z sali i rozejrzałam się. W poczekalni siedziała Vic i szatynka z chłopakiem.
-A nie mówiłam, nic mi się nie stało.
-Nie marudź to wyglądało poważnie.- powiedziała zła na mnie Vic.
-Bez przesady gorzej już ze mną było. Wracamy do domu?- zapytałam przyjaciółkę. Było już po 15, a pomimo tego byłam strasznie zmęczona.
-Dobrze.
-Odwiozę was.- powiedział chłopak. Ja byłam zbyt zmęczona by odmówić, a poza tym nie wiedziałam jak wrócić do domu.


~~~
Hej skarby...
Tak, wiem możecie mnie udusić, poćwiartować  czy zrobić cokolwiek innego za ten beznadziejny rozdział. Ale cóż, nie miałam na niego żadnego pomysłu. Bardzo was za niego przeprasza.
Mam nadzieję, że podczas przerwy świątecznej znajdę sporo czasu na pisanie.
Nie jestem pewna czy kolejny rozdział pojawi się przed świętami więc, chciałabym wam życzyć spokojnych, rodzinnych świąt, dobrego jaka i porządnej bitwy na śnieżki w lany poniedziałek
Kocham was;*
Pataxxon

wtorek, 19 marca 2013

Drugi

21 sierpnia, wieczór

   Własnie wkładałam walizkę do szafy na korytarzu, gdy w mieszkaniu rozdzwonił się dzwonek.
-Hej, jestem Jake.- przedstawił się wysoki brunet o nieziemskich ciemnych oczach.
-Cześć, jestem Vic. Proszę wejdź.- wpuściłam go do mieszkania.- Sue, mamy gościa.
-Hej, jestem Sue.- pojawiła się jej głowa w wejściu do kuchni, a po chwili znikła. Razem z Jakiem udaliśmy się do wcześniej wspomnianego pomieszczenia, gdzie moje przyjaciółka coś gotowała.
-Co robisz?- zapytałam jej się. Bałam się podchodzić do niej kiedy w pobliżu niej znajdowały się noże, nie wiadomo co by mi zrobiła.
-Czekoladę. Masz ochotę?- zapytała się ewidentnie Jaka.
-Jasne.- odpowiedział jej z uśmiechem.
-Co tak stoicie i się na mnie gapicie? Siadajcie.- no tak... To musiało dziwnie wyglądać, my stoimy i się na nią gapimy, kiedy ona miesza w rondelku. Usiedliśmy i zapanowała niezręczna cisza, przerywana tylko czynnościami Sue. Kiedy rozlała gorący napój i nam go podała, usiadła razem z nami przy stole w kuchni.
-Pewnie wiesz, że pochodzimy z Polski?- zapytała na wstępie Jaka, kiedy kiwnął głową kontynuowała dalej.- Mam propozycję, najpierw przedstawimy się sobie, my po polsku i angielsku. Potem 10 na 10 pytań  co o tym sadzicie?
-Mi pasuje.- powiedziała szybko.
-Mi też.
-Dobra, ja zaczynam. Więc nazywam się Zuzanna Wiśniewska, czyli Susane Cherry.
-Ja jestem Wiktoria Wasilewska, czyli Victoria Wesley.
-A ja to Jacob Smith.
-Dobra teraz 10 pytań. Wybieraj zadajesz nam je osobno czy razem?- zapytałam Sue.
-Może razem, żeby pytania się nie powtarzały.
-Ok. Zaczynaj.
-Więc, ile macie lat?
-17.
-18.
-Ile już się znacie?
-Ile my już się znamy? Nie mam pojęcia. Już kilka lat.- odpowiedziałam  ciągle patrząc na Sue, a ona lekko kiwała głową, na potwierdzenia moich słów.
-Zostało Ci jeszcze 8.- przypomniała mu z wielkim uśmiechem moja przyjaciółka.
-Czym się interesujecie?- zapytał.
-Muzyką, jak chyba każda nastolatka, uwielbiam czytać, kocham koty i nie wiem co jeszcze...- uśmiechnęłam się do niego.
-Ja kocham czytać, uwielbiam konie, lubię nocne siedzenie i na razie tyle, nie znam Cię na tyle dobrze, by zdradzić jeszcze coś.- puściła mu oczko.- 7.
-Co myślicie o Londynie?
-Ja go kocham, tak jak całe U.K. Zaraziła mnie tym moja kuzynka. Można powiedzieć, że mnie wychowała w tej kulturze.- odpowiedziałam mu.
-Ona mnie tym zaraziła, ale ja nie, aż tak jak ona. Tak na marginesie, trudno cokolwiek stwierdzić o mieście jeśli się w nim przebywa zaledwie kilka godzin, 6.
-Jakiego gatunku muzyki słuchacie?
-Rocka. - odpowiedziałam od razu.
-Ja nie słucham gatunku, ja słucham muzyki, jeszcze tylko 5.
-Macie chłopaków?
-Nie.- znowu Sue poczekała, aż ja odpowiem.
-Ja i chłopak, dobry żart.- zaśmiała się.- Pomyśl, gdybyśmy miały chłopków, to czy byśmy tutaj przyjechały? Zostały Ci 4 pytania.
-Macie jakieś zwierzęta?- zapytał po chwili zastanowienia.
-Ja ma kota.
-Ja psa i tak jakby konia. Jeszcze 3.
-Jak to tak jakby?- zapytał Sue Jake.
-Bo nie wiem, czy rodzice go nie sprzedadzą. Już tylko 2.
-Ale jak to?
-Normalnie. Pytanie to pytanie. Jakie jest twoje ostatnie pytanie?
-Czy wiesz, że jesteś podła?
-Oczywiście. Nie chce mi się wymyślać pytań, więc odpowiedz na te które nam zadałeś. Co o tym sądzisz?- zwróciła się do mnie Sue,. Byłam tylko w stanie pokiwać głową. Ciągle się śmiałam z miny chłopaka, któremu uciekły trzy pytania. Spodziewałam się takiej sytuacji, Sue nie lubiła zdradzać, zbyt wielu informacji o sobie.
-Mam 18 lat, interesuje się piłką nożną, grami komputerowymi i imprezami.- zabaczyłam jak w jednej chwili szczęście w oczach Sue wygasa. Mogę się założyć, że właśnie teraz pomyślała o nim. O Londynie myślę, ze jest wręcz idealny. To jakiej aktualnie muzyki słucham, zależy od mojego nastroju. Nie mam dziewczyny  i nie mam żadnego zwierzaka. Te ostatnie, chyba mogę sobie darować?- zapytał patrząc na moją przyjaciółkę.
-Co? Ach.. Tak, przepraszam, ale jestem zmęczona.- na dowód swoich słów ziewnęła. Jake spojrzał na zegarek.
-Racja zasiedziałem się. Przeprasza. To może ja już pójdę?
-Odprowadzę Cię.- wstałam i razem z ciemnookim udałam się do drzwi.

~~~
A więc witam...
Pewnie mało osób to przeczyta, ale to nic.
Nie planowałam, że dziś dodam rozdział, ale jakoś tak wyszło....
Uroki mieszkania na wsi, dziś rano kierowca autobusu stwierdził, że po południu nie będziemy mieli jak wrócić ze szkoły i nas wysadził. Czyli mam usprawiedliwione wagary ;) Ale... ciiiii... to tajemnica.
Przepraszam, że taki krótki, ale nie mam jeszcze pomysłu na kolejny dzień.
Zastanawiam się nad utworzeniem zakładek 'Zapytaj Bohatera' i 'Kontakt', co o tym sądzicie? Napiszcie w kom.
Kocham was ;*
Pataxxon

piątek, 15 marca 2013

Pierwszy


21 sierpień
   Wstałam obudzona dźwiękiem budzika w moim telefonie. Przetarłam oczy i wyjrzałam przez okno. W końcu dojechałam. Pociąg zaczął zwalniać, aż w końcu się zatrzymał. Wzięłam swoją walizkę i torebkę, ruszyłam do wyjścia z przedziału. Gdy już wyszłam z maszyny rozdzwonił się mój telefon. Jak zawsze na moje usta wpełzł nieznaczny uśmiech, gdy usłyszałam melodię z Harry'ego Pottera.
-Co się stało Vic?
-Gdzie ty jesteś? Mamy już mało czasu. Pociąg właśnie przyjechał, a ciebie nigdzie nie ma.- rozejrzałam się, stała do mnie odwrócona placami. Podeszłam do niej.
-Jestem. Obróć się o sto osiemdziesiąt stopni.- poleciłam jej rozłączając się. Przytuliłyśmy się.
-Znowu razem?- zapytała Vic. Mieszkałyśmy kilkaset kilometrów od siebie, poznałyśmy się w internecie, a później do siebie jeździłyśmy na wakacje i ferie. Ciężko było, ale jakoś wytrzymałyśmy.
-Teraz już na zawsze.- uśmiechnęłam się.- Chodźmy już, bo się spóźnimy.
                                                                 ***
   Po przegadanym locie, w końcu dotarłyśmy do Londynu. Zaczęłam szukać wzrokiem Artura.
-Ech... Czego ja się mogłam spodziewać po mojej rodzinie? Zero punktualności.- teatralnie pokręciła głową.
-Ech... Czego ja mogłem się spodziewać po mojej siostrze ciotecznej? Zero przywitania, szacunku.- odezwał się za mną wysoki, szczupły brunet, ubrany na sportowo.
-Jak chcesz ckliwych powitań to nie do mnie.- odpowiedziałam i pokazała mu język.
-Hej.- przywitała się Vic.
-Długo mamy tu jeszcze stać?- zapytałam Artura.
                                                                 ***
   Podjechaliśmy pod śliczną kamienicę. Nasze mieszkanie było na poddaszu, lub jak ja to wolę określenie na strychu. Szybko wyjęłam swoją walizkę i weszłam do budynku. Uśmiechnęłam się widząc starą windę. Uwielbiałam różnego rodzaju starocia.
-Długo jeszcze będziesz się gapić na tą windę?- zapytał Artur. Pokazałam mu język. Wsiedliśmy do maszyny. Z zadowoleniem stwierdziłam, że jest bardzo zadbana. Gdy dojechaliśmy na właściwe piętro, Artur otworzył drwi i nas wpuścił. Po lewej stronie była wbudowana szafa, po prawej zwykła, szara ściana. Ściągnęłam buty i weszłam w głąb mieszkania.
    Po lewej stronie znajdowało się wejście do przestronnej kuchni. Korytarz przechodził w salono-jadalnię. Dwie równoległe do siebie ściany były pomalowane na brudną zieleń, a reszta na ten sam odcień szarości co w korytarzu. Całe mieszkanie było przestronne i ciepłe. Znajdowało się w nim pięć par drzwi. I balkon. Z tego co nam pokazywał na Skype Artur w naszych pokojach, również powinny znajdować się balkony. Salon był urządzony dość nowocześnie. Duża, jasnoszara kanapa z zielonymi poduszkami stała naprzeciwko ogromnego telewizora. Na szafce pod plazmą była konsola do gier i mnóstwo płyt. Szklany stolik, który stał przed kanapą, był zadziwiająco czysty. Ciekawe, ile Artur zapłacił sprzątaczce. Równolegle do telewizora pod brudno-zieloną ścianą stał mocny, ciemny stół z kompletem dwunastu krzeseł. Nad stołem był nisko powieszony żyrandol.
-A teraz gadaj,ile dałeś za sprzątaczkę?- zapytała Artura. Nie był on typem osoby która lubi sprzątać.
-No wiesz co?- prychnął.
-Za dobrze Cię znam, albo wynająłeś sprzątaczkę, albo masz dziewczynę, która się nad tobą zlitowała i tu posprzątała.
-Nie gadam z tobą.- odpowiedział urażony.- Ty we mnie nie wierzysz....
-Jeśli myślałeś, że się nabiorę, to grubo się pomyliłeś. Vic, chodźmy zobaczyć pokoje.- otworzyłam pierwsze drzwi i ukazał mi się średnich rozmiarów pokój.
   Był pomalowany na ciemnofioletowy kolor z szarymi wzorami. Za wielkim metalowym łóżkiem był namalowany znak Insygniów Śmierci, ledwie widoczny na ciemnym tle. Obok łóżka były stoliki nocne z małymi czarnymi lampami. Po prawej stronie drzwi był wbudowany ogromny, czarny regał który szybko się zapełnię książkami. Na przeciwko drzwi było ogromne okno z parapetem przystosowanym do siedzenia, a obok na balkon. Na przeciwko łóżka była wbudowana szafa, z ponaklejanymi na drzwi płytami DVD, po jej lewej stronie znajdowało się czarne biurko-toaletka. Po lewej stronie drzwi znajdowała się komoda. Na jasnych panelach które były w całym mieszkaniu oprócz kuchni i chyba łazienki leżał fioletowo czarny dywan, a na nim dwie poduszki do siedzenia, jedna czarna, a druga ciemno fioletowa. Zostawiłam walizkę w pokoju i udałam się do sąsiedniego pomieszczenia.
   Pokój Vic był lustrzanym odbicie mojego. Tutaj ściany były pomalowane na ciemnoniebieski kolor w czerwone wzory, na szafie była tapeta z wycinków gazet, a za łóżkiem namalowano wielką flagę U.K. Dywan był niebiesko-czerwony, z poduszkami w tych kolorach. Lampy były koloru czerwonego.
-Pościel macie w szafie na korytarzu. Zakupy są już zrobione, jeśli nie będziecie czegoś wiedziały to dzwońcie. Przepraszam, że nie zostanę dłużej, ale muszę już jechać do Manchesteru.-w drzwiach pojawił się Artur z walizką.- Bym zapomniał, jesteście już zapisane do szkoły, książki są już opłacone, w szafach znajdziecie mundurki. Dziś przyjdzie do was sąsiad z naprzeciwka. Mój numer macie zapisany w telefonach, które również znajdziecie w szafach. Załatwiłem wam kartu VIP w klubie u mojego kolegi. Wszelkie opłaty będę pokrywał ja. W pokoju obok balkonu jest wszystko co będzie wam potrzebne do zorganizowania imprezy: konsola DJ, alkohol i tego typu rzeczy. Klucze macie w kuchni na blacie, z adresem szkoły. Mój pokój jest już opróżniony i do waszej dyspozycji. To chyba wszystko...
-Nie tak się umawialiśmy. Opłaty mieli pokrywać moi rodzice. Nie miałeś nam kupować telefonów, ani rzeczy do szkoły...
-Och Sue... Mi i tak spokojnie wystarcza pieniędzy. Mam sklepy, firmę to naprawdę przynosi dużo dochodów. Ach... Tak w szafach znajdziecie jeszcze mały prezent ode mnie. I nie chcę słyszeć, że tego nie przyjmiecie. Dobrej zabawy.- i już go nie było...
-Ja go kiedyś zabiję. Jak można być takim dzieckiem? Przecież mu już to tłumaczyłam tysiące razy.- żaliłam się Vic.
-Mi to też się nie podoba, ale co mamy zrobić? On to sobie wszystko dokładnie zaplanował, a poza tym wiedziałaś, że tak będzie.- powiedziała moje przyjaciółka.- Pomożesz mi się rozpakować?

środa, 13 marca 2013

Prolog


   Nie mogę uwierzyć, że ten czas tak szybko płynie... Jeszcze niespełna rok temu wszystko wyglądało inaczej. Ja nie musiałam kryć tej tajemnicy przed nią, a ona była szczęśliwa. Była sobą. Od dziesięciu miesięcy jest pogrążona w smutku. Dla osób które jej nie znają, tak dobrze jak ja, nic się nie zmieniło. Niby się uśmiecha, ale ten uśmiech nie dosięga jej oczu. Jego temat, jest temat tabu. Nawet w myślach boję się pomyśleć o jego imieniu, jakby ona mogła to usłyszeć. Nie chcę jej przysparzać jeszcze więcej cierpień niż teraz. Ona już dużo przeszła.
   Cieszę się, że już dziś wyjeżdżamy do Londynu. Dla mnie miasto marzeń, dla niej ucieczka od wspomnień. Mam nadzieje, że tam obie w końcu znajdziemy szczęście. Przecież nie możemy ciągle żyć wspomnieniami, prawda? Trzeba w końcu ruszyć z miejsca. Tak więc jestem Wiktoria Wasilewska, ciałem Polska, duszą Brytyjka: Vic Wesley...